Forum Historia sportu samochodowego Strona Główna Historia sportu samochodowego
Forum strony www.scr.civ.pl - rajdy, wyścigi, wyścigi górskie, rallycross, rajdy terenowe, karting
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Ciekawe artykuły prasowe

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Historia sportu samochodowego Strona Główna -> Pozostałe
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mirek:)




Dołączył: 18 Gru 2006
Posty: 127
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: kiedyś Bielawa, dziś Poznań

PostWysłany: Wto 15:37, 27 Lut 2007    Temat postu: Ciekawe artykuły prasowe

Myślę, że temat sie przyjmie i z ciekawością przypomnimy sobie ciekawe karty historii sportów motorowych.


Cytat:

Źródło: TEMPO
Rok: prawdopodobnie 1993
Autor: Adam Świda

Wypadki Polaków na trasach rajdowych
ŚMIERĆ CZEKA ZA ZAKRĘTEM

W latach 1971-1988 w 122 polskich wyprawach w Himalaje i Karakorum wzięło udział 1051 uczestników. 39 z nich nie wróciło już nigdy do kraju. Każdego roku w Tatrach ginie 10-20 osób. Połowa z nich to sportowcy. Jeżeli w ciągu dnia na drogach Polski zginie mniej niż 10 osób, to stan bezpieczeństwa uważa się za normalny. Jednocześnie każdy wypadek na rajdowych trasach wywołuje burzliwe dyskusje. Być może dlatego, że śmierć w wyścigu ma bardziej spektakularną oprawę i wielu widzów. Jak ostatnio, gdy zginał Marian Bublewicz.

Przedwojenni mistrzowie umierali w domu
Jak się wydaje przedwojenna historia sportu samochodowego w Polsce nie zanotowała żadnego śmiertelnego wypadku, choć przecież już wówczas (niektórzy mówią - zwłaszcza wówczas) wyścigi obfitowały w dramatyczne momenty. Nie organizowaliśmy zresztą wtedy (podobnie, jak i dzisiaj) wyścigów o dużym znaczeniu. Jedyną imprezą o randze europejskiej był w latach 1930-1933 wyścig o Grand Prix Lwowa. Krótka, uliczna trasa ze słynną bazaltową kostką oceniana była jako bardzo trudna, śliska i niebezpieczna. Miało tam miejsce kilka wypadków, m.in. urwał tam oś swojego bugatti najlepszy polski przedwojenny automobilista Jan RIPPER. Wyszedł jednak z tego bez szwanku.
Mniej szczęścia mieli natomiast kierowcy polskiego pochodzenia startujący za granicą. W 1903 roku zginął hrabia Elliot ZBOROWSKI. W czasie wyścigu górskiego La Turbie spinka mankietu jego koszuli zablokowała manetkę gazu, a samochód wypadł z trasy na jednym z zakrętów. W dwadzieścia lat później na wyścigowych trasach zginął jego syn Louis. Konstruował on i sprzedawał słynne wyścigowe i rekordowe bolidy o pojemności nawet 23 litrów nazywane „Chitty - Chitty - Bang -Bang”. Śmierć dosięgła go w czasie wyścigu w 1924 roku.
Plama oleju rozlana na południowym zakręcie toru Monza stała się w 1933 roku przyczyną tragedii, która w annałach sportu samochodowego zapisana jest jako „Czarny dzień Monzy”. Na prawdopodobnie źle zabezpieczonej i nieuprzątniętej nawierzchni stracił panowanie najpierw Umberto Borzacchini na maserati a potem Giuseppe Campari na alfie romeo. W kilka godzin później sytuacja powtórzyła się. Duesenberg Stanisława hrabiego CZAJKOWSKIEGO obsunął się na wyjściu z wirażu i przekoziołkował zabijając na miejscu kierowcę.
Rajdy w okresie międzywojennym miały inny charakter niż dzisiaj i polegały raczej na jeździe długodystansowej, obliczonej na zmęczenie samochodów i załóg. Z tym akurat przedwojenni kierowcy radzili sobie bardzo dobrze, skoro na przykład Aleksander MAZUREK potrafił zwycięsko przejechać liczącą kilka tysięcy kilometrów trasę Rajdu Północnej Afryki cały czas prowadząc, ponieważ jego towarzysz w ogóle nie umiał jeździć i nie miał prawa jazdy.
Zdarzały się oczywiście wypadki, szczególnie w końcowym okresie Dwudziestolecia, kiedy to Polacy częściej zaczęli startować w wielkich imprezach automobilowych. Szczęśliwie jednak unosili z tych wypadków zdrowie i życie. Jeżeli nie liczyć tragicznych losów wojny - m.in. z rąk Gestapo zginął w 1939 roku znany zawodnik motocyklowy Tomasz Stankiewicz - to przedwojenni mistrzowie kierownicy kończyli swoje zawodnicze kariery w latach pięćdziesiątych, a umierali w domu.

Pierwsze nekrologi
Nie obfitował w wypadki pierwszy okres powojennego rozwoju (a raczej niedorozwoju) sportu samochodowego. Przez piętnaście łat automobilizm krępowany na równi decyzjami politycznymi i uwarunkowaniami ekonomicznymi poszukiwał swojej formuły. Jednym z efektów zmian, jakie dokonały się w drugiej połowic lat pięćdziesiątych był w 1959 roku pierwszy po wojnie start Polaków w Rajdzie Monte Carlo. Wśród siedmiu załóg symbolicznie najniższy numer miała simca immthtery prowadzona przez wspomnianego już, mistrza kierownicy Aleksandra Mazurka. Impreza ta zdobyła wkrótce ogromną popularność i przez następne kilkanaście lat już sam udział w niej był wyrazem rajdowej nobilitacji. Związana też była z największą sportową tragedią tamtych czasów.
W 1962 roku na starcie pojawił się samochód, który wzbudził ogromne zainteresowanie, bo też i zasadniczo różnił się od startujących wówczas simec i syren. Triumph TR 3A załogi Nahorski/Langer był pachnącym jeszcze fabrycznym lakierem dwumiejscowym kabrioletem z płóciennym daszkiem i na szprychowych kołach. Auto ważyło 940 kilogramów, a dwulitrowy silnik dawał mu niewyobrażalną, jak na owe czasy, moc ponad stu koni mechanicznych. Oprócz zwykłego bagażu załoga załadowała również zapas specjalnie przygotowanego paliwa.
Trasa polskiego etapu wyjątkowo w tym roku nie przebiegała przez Gdynię i Poznań, lecz kierowała się na południe w stronę Kielc i Radomia.
Do wypadku doszło pod Chęcinami, w miejscu, gdzie droga po przejeździe przez miasto opadała serpentynami w dół. Dzień byt typowo styczniowy -mżyło drobnym śniegiem z deszczem a drogi były oblodzone. Na ostrym nawrocie auto poszło prosto, spadło z przydrożnej, kilkumetrowej skarpy, przewróciło się na dach i zapaliło. Płonęło jak pochodnia przez kilkanaście minut. W miejscu śmierci Nahorskiego i Langera rodziny wystawiły pamiątkową kapliczkę, którą jeszcze kilkanaście lat temu można było oglądać pod Chęcinami.

Czarne Kormorany
Zainteresowanie, jakim cieszyły się starty do Monte Carlo, rozpoczęcie produkcji syreny i licencyjnego fiata zaktywizowało wytwórnie, które w sporcie zaczęły upatrywać korzyści reklamowych.
W początku lat siedemdziesiątych ukształtowały się przepisy i zasady wyłaniania rajdowego mistrza Polski. Rywalizacja ta od tego czasu zaczęła składać się z kilku rajdów eliminacyjnych. Jednocześnie zaczęła zmieniać się specyfika imprez rajdowych. Ciężar rozgrywki z jazdy długodystansowej przesunął się na stosunkowo krótkie, lecz trudne i szybkie odcinki specjalne. O zwycięstwie w rajdzie zaczęły decydować właśnie sekundy uzyskiwane na tych wyścigowych trasach. Jedną z eliminacji rajdowych mistrzostw Polski stał się rozgrywany w okolicach Olsztyna i pod patronatem tamtejszej Wytwórni Opon Samochodowych Rajd Kormoranów.
Każdy, kto choć raz był na Mazurach, pamięta specyfikę tamtejszych dróg. Długie asfaltowe proste, łagodne łuki, a co jakiś czas serie krótkich zakrętów, wzniesień i zjazdów między oczkami jezior. Wszystko obrośnięte szpalerami starych, solidnie rozrośniętych drzew posadzonych tuż koło drogi. W rozgrywce sportowej stanowiły one śmiertelne niebezpieczeństwo.
29 kwietnia 1975 roku na pierwszym odcinku specjalnym VIII Rajdu Kormoranów poważnemu wypadkowi uległ 27-letni zawodnik z Poznania Zygmunt CHEŁSTOWSKI. Dysponował on znakomicie przygotowanym, bardzo szybkim fiatem 125p. Zdarzenie ta wspomina uczestnik tamtego rajdu (zwycięzca klasy na trabancie) Witold Kołder. „Przejeżdżało się z góry przez mostek i wchodziło w prawo na bruk. Z bruku na asfalt, prawy do lewego i znowu prosta. Na wyjściu z tego zakrętu rosło grube drzewo, a na drodze była duża dziura, o której wszyscy wiedzieliśmy. Żeby dogodzić zawodnikom tuż przed rajdem dziurę zasypano białym grysem. Chełstowski wiedząc o dziurze nie bal się jej, ale odjechał na żwirze. Nie szedł prędko, gdzieś około osiemdziesiątki. Uderzył lewymi drzwiami w drzewo. Jego pilota odrzuciło tak, że złamał rękę o pałąk. Gdy przyjechało pogotowie Chełstowski całkowicie przytomny prosił aby zabrać pilota do szpitala. Chodził chwilę koło samochodu, chwilę koło samochodu, nie czul się dobrze, ale kładł to na karb szoku. Usiadł obok samochodu, gdzie zmarł po kilkunastu minutach. Sekcja zwłok wykazała pęknięcie wątroby.”
Do następnej tragedii doszło w dwa lata później na treningu. Żółte BMW 2002 Ti olsztyńskiego zawodnika Henryka ZIEMSKIEGO było w tym czasie bardzo dobrze znane na rajdowych trasach, a kierowca, który zaczynał swoją karierę na syrenie, miał w dorobku dwa tytułu rajdowego mistrza Polski (z Henrykiem Mieczańcem jako pilotem). Również trasy Kormoranów były mu dobrze znane. W poprzednim roku ukończył ten rajd na czwartym miejscu w klasyfikacji generalnej. Wydawało się, że trening do rajdu w 1977 roku nie powinien mu sprawić trudności. Przeznaczenie jednak chciało inaczej. W połowie maja, na treningu odbywającym się w normalnym ruchu, po kolizji z autobusem żółte BMW uderzyło w drzewo okalające drogę. Henryk Ziemski zmarł w kilka godzin po odwiezieniu go do szpitala. Klasyfikację generalną X Rajdu Kormoranów wygrała załoga Jerzy Landsberg i Marek Muszyński. Do nazwisk tych przyjdzie nam jeszcze powrócić.
Te dwa śmiertelne wypadki na „Kormoranach" oraz kilkanaście innych w czasie treningu (m.in. ciężką kraksę miał W. Groblewski z J. Czerwońcem) wywołały burzliwą dyskusję w środowisku kierowców rajdowych. W jej efekcie przestano organizować zawody w Olsztynie, a wznawiając je po kilkuletniej przerwie, zmieniono trasy, rezygnując z odcinków specjalnych na drogach asfaltowych.

Umrzeć bez rozgłosu
Przez 56 lat i 36 edycji Rajd Polski szczycił się mianem szczęśliwych zawodów. Ta dobra passa załamała się dopiero w tym obfitującym w wypadki 1977 roku. W 37. Międzynarodowym Rajdzie Polski organizowanym w dniach 8-10 lipca śmierć poniosła startująca na ladzie załoga z Bułgarii. Na mecie odcinka specjalnego zakończonego prostą i łagodnym zakrętem rozpędzony
samochód nie wyhamował i uderzył w drzewa. Impet wyrzucił kierowcę z samochodu. Poniósł on śmierć na miejscu wypadku, pilota w stanie ciężkim odwieziono do szpitala, gdzie zmarł po kilkunastu godzinach. Świadkowie wydarzenia twierdzą, ze przyczyną kolizji był świeżo położony w tym miejscu odcinek asfaltu dodatkowo posypany jeszcze luźnym szutrem. Sprawozdawcy
prasowi skłonni byli doszukiwać się raczej ryzykanckiej jazdy i zaniedbania środków bezpieczeństwa (nie zapięty pas bezpieczeństwa kierowcy). O atmosferze jaka w tamtych latach otaczała wypadki rajdowe może świadczyć fakt, że w sprawozdaniach nie odnotowano nawet nazwisk bułgarskiej załogi.

Złoty Stok po raz pierwszy
Zapoczątkowana w 1975 roku czarna seria trwała nadał. Po kilku latach startów z Jerzym Landsbergiem jego pilot Marek MUSZYŃSKI, prywatnie doktor matematyki, mógł poszczycić się kilkoma całkiem niezłymi osiągnięciami. Między innymi trzykrotnie brał udział w Rajdzie Monte Carlo. W 1976 roku nie ukończyli go po dość tajemniczej awarii, o której mówiono nawet, że była sabotażem konkurencji z... FSO. W rok później osiągnęli jeden z najlepszych wyników w historii polskich startów w RMC - 13 miejsce w klasyfikacji generalnej i zwycięstwo w klasie. W feralnym 1978 roku nie powiodło się tak dobrze, ale rajd ukończyli zajmując 32 miejsce.
W rozgrywkach krajowych fotel obok Lansberga zajął Janusz Wojtyna. Para ta wygrała dwie pierwsze eliminacje do mistrzostw Polski - Rajd Rzeszowski (później zwany „Stomilem") oraz Krokusy. Przed trzecią eliminacją - Rajdem Dolnośląskim, Wojtyna zachorował, w związku z czym Marek Muszyński wrócił na miejsce pilota w oplu kadecie. W połowie maja 1978 roku trenowali odcinek Złoty Stok - Orłowiec. Trasa ta, którą w Rajdzie Dolnośląskim miano przejeżdżając dwa razy (z obu kierunków) była doskonale znana zawodnikom, choćby z uwagi na to, że od lat była fragmentem Rajdu Polskiego. Świadkiem i współtowarzyszem owego tragicznego treningu był Witold Kołder. Oddajmy mu jeszcze raz głos.
„Prawą stroną jechał traktor, który prawdopodobnie wyjechał z lasu. Landsberg naszedł ten traktor z tyłu ze znaczną chyżością, gwałtownie odbił w lewo i nie zmieścił się w zakręcie. Poszedł do rowu, postawiło go na przodzie samochodu i dachem od strony pilota uderzył w drzewo. Marek Muszyński zginał na miejscu, Landsberg miał naderwane kręgi szyjne i był poturbowany.”

Śmierć z widokiem na jezioro
Jerzy Landsberg nie wystartował w Rajdzie Dolnośląskim, ani też następnym – Polskim. Pod koniec września 1978 roku pojawił się z Januszem Szajngiem na Rajdzie Wisły zajmując drugie miejsce, a w Międzynarodowym Rajdzie Warszawskim - trzecie. Wszystko to wystarczyło mu do zdobycia tytułu mistrza Polski, a w plebiscycie „Motoru” drugiego miejsca za Sobiesławem Zasadą, a przed Błażejem Krupą.
W 1979 roku wszystko szło równie składnie. Startując w sobotę 21 kwietnia do Rajdu Krokusów miał znaczną przewagę punktową nad rywalami. Przed fatalnym XV odcinkiem specjalnym w Tęgoborzy, niewiele kilometrów przed końcem rajdu, miał ponad cztery minuty zysku nad współzawodnikami. Niektórzy już gratulowali mu zwycięstwa - nawet wymiana koła na odcinku specjalnym, nie była w stanie pozbawić go pierwszego miejsca. Ale jazda taktyczna nie była nigdy w stylu tego kierowcy. Niepohamowana ambicja pchała go do gnania „na pełny gwizdek” w każdych okolicznościach. Po raz ostatni owej kwietniowej nocy wysoko nad Jeziorem Rożnowskim.
Odcinek specjalny zaczynał się asfaltem, potem przechodził w szuter, a następnie dziewięciostopniowym zakrętem wychodził na dłuższą prostą z trzema łagodnymi prawymi łukami jechanymi, jak mówią rajdowcy, „do oporu”. Na trzecim łuku, w okolicy przystanku autobusowego, boczna droga odchodziła w lewo, a rozwidlenie oddzielała skarpa. W świetle reflektorów Jerzy Landsberg prawdopodobnie pomylił drogi, a usiłując wrócić na właściwy uderzył rozpędzonym do ogromnej prędkości oplem kadettem najpierw w niską metalowo-betonową barierę, a następnie w ową rozdzielającą drogi skarpę. Wykatapultowany przeleciał kilka metrów w powietrzu i spadł z powrotem na koła. O impecie uderzenia może świadczyć to, że wrak samochodu miał silnik wbity w kabinę.
Pierwszej pomocy udzielił załodze chirurg, doktor medycyny Jacek Różański, który był pilotem Macieja Stawowiaka. Dla Janusza Szajnga na wszelką pomoc było już za późno. Nieprzytomnego Jerzego Landsberga przewieziono do szpitala w Nowym Sączu, a następnego dnia do kliniki Akademii Medyczne w Krakowie. Zmarł w tydzień później nie odzyskawszy przytomności.

Wypadek Jerzego Landsberga podczas Rajdu Krakowskiego zamknął trwającą nieomal bez przerwy od 1975 roku serię tragicznych zdarzeń na rajdowych trasach. Na kilka tylko lat.

Kolejna kapliczka
Pozostała na drzewie koło miejscowości Ochaby w 1984 roku. Jan WOJCIECHOWSKI był zawodnikiem doświadczonym, ale większość swoich startów spędził w fotela pilota m.in. z A. Wadzińskim na autobiaochi A112 abarth i Bogdanem Wozowiczem, z którym w 41 Międzynarodowym Rajdzie Polski zajęli 11 miejsce. Od niego też pożyczył Wojciechowski bardzo szybkiego forda escorta i wystartował nim, w końcu listopada, w Rajdzie Wisły jako kierowca. Jego partnerem był Wojciech Augustowski. Ostatnią dla obu okazała się trasa X odcinka specjalnego. Długa prosta wiodąca groblą miedzy stawami kończyła się łagodnym łukiem w prawo. Kierowca nie zdołał opanować rozpędzonego na prostej samochodu i z pełną szybkością uderzył w drzewa rosnące po zewnętrznej stronie łuku. Jan Wojciechowski zginął na miejscu, zaś Wojciech Augustowski zmarł w drodze do szpitala.
Szybka prosta
Przez 7 lat nie było na rajdowych trasach śmiertelnych wypadków. Kolejną tragiczną serię zapoczątkował w październiku 1991 roku wypadek Dariusza WIRKIJOWSKIEGO w czasie Rajdu Festiwalowego w Opolu. Los powtórzył, w odmiennej tylko nieco dekoracji scenariusz z 1984 roku. Rozpędzone na prostej suzuki 1300 nie zmieściło się w łuku i uderzyło w drzewo. Obaj zawodnicy byli poważnie poturbowani, a stan pilota Grzegorza KŁOSIŃSKIEGO krytyczny. Mimo natychmiastowego wydobycia z wraka (karetka pogotowia miała kłopoty z przedarciem się przez zatarasowaną samochodami drogę dojazdową) Kłosiński zmarł w kilka minut po wypadku.
Komentując śmierć swojego kolegi, Marian Bublewicz powiedział: Jest to wielka tragedia, gdy w wyniku rywalizacji sportowej umiera człowiek i na pewno należy zrobić wszystko, żeby to ryzyko zmniejszyć, ale ono będzie zawsze istniało, jak długo będzie istniał sport. Nie wiedział, że zegar jego życia odmierza już ostatnie miesiące i że jest następnym w kolejce.

Zdjęcie, które kosztowało życie
Fotografia przedstawia rozmazany przód lecącego w powietrzu samochodu rajdowego. Jest ostatnią w życiu kliszą 20-Ietniego mieszkańca Krakowa Tomasza W.
Widownią dramatycznych wydarzeń jakie rozegrały się 10 kwietnia 1992 roku, był V odcinek specjalny Trzemieśnia - Łęki niedaleko Myślenic, 17 Rajdu Krakowskiego. Rozpędzona na szybkim zjeździe mazda 323 4wd prowadzona przez Marka SADOWSKIEGO opóźniła hamowanie. Samochód w ogóle nie zmieścił się w zakręt kończący prostą i uderzył w skarpę. Tam na jej drodze znalazł się fotografujący imprezę Tomasz W. Wyrzucony z wielką siłą w powietrze samochód przeleciał obok drzewa łamiąc konar, na którym siedzieli kibice Om akurat nic się nie stało) i spadł z tyłu, z góry na inną grupę widzów. To tragiczne lądowanie skończyło się śmiercią 12-Ietniej mieszkanki Myślenic Joanny. Kilkanaście osób było poturbowanych, kilku widzów przewieziono do szpitali, a wśród nich, w stanie ciężkim, 11-letniego Macieja z Łęk. O jego życie lekarze, skutecznie na szczęście, walczyli przez kilka tygodni. Załoga wyszła z wypadku z niewielkimi tylko obrażeniami.
Wbrew powszechnym mniemaniom nie byt to pierwszy w Polsce wypadek, w którym uczestniczyli widzowie. W 1974 roku w czasie rozgrywanego w okolicach Krakowa „Kryterium Asów", samochód prowadzony przez Bogdana WOZOWICZA potrącił przechodnia. Ale wówczas była inna sytuacja. Podróżujący beztrosko po trasie odcinka specjalnego mieszkaniec podkrakowskiej wsi był kompletnie pijany, a sekcja zwłok wykazała stężenie alkoholu we krwi przekraczające śmiertelną dawkę. W 1992 roku zginęli kibice i to jeszcze ludzie bardzo młodzi. Okoliczności te zjednoczyły nieomal całą prasę w atakach na sport samochodowy. Dyskusja ta, pomijając jej poziom merytoryczny, zaowocowała zwróceniem uwagi na bezpieczeństwo bierne, zabezpieczanie trasy. Latająca mazda była jednak najlepszym przykładem tego, że w sporcie zdarzają się rzeczy nieprawdopodobne.

Złoty Stok po raz drugi
W ponad dwudziestoletniej karierze sportowej Mariana Bublewicza zdarzały się dramatyczne momenty. Lata doświadczeń poparte uporem i pracowitością, spowodowały, że zawodnik ten słynął ze spokojnej i rozważnej, ale też i niebywale skutecznej jazdy. 20-krotny rajdowy mistrz Polski w klasach, 6-krotny w klasyfikacji generalnej i wicemistrz Europy w 1992 roku zginął u szczytu swojej sportowej kariery;
Ostatnim dla niego okazał się IX Zimowy Rajd Dolnośląski. 20 lutego 1993 roku w sobotę około godziny jedenastej ford sierra cosworth uderzył w drzewo na odcinku specjalnym Orłowiec - Złoty Stok. Trasę tę Marian Bublewicz mógłby pokonywać z zamkniętymi oczyma - wygrał tam bowiem 8 razy. Owego dnia nie wystarczyło mocy kilkuset koni by wyprowadzić auto z poślizgu na łagodnym lecz szybkim łuku. Uderzenie przyjęło najsłabsze miejsce każdego samochodu - przednie lewe drzwi. Pierwsza karetka zjawiła się po 8 minutach. Pilot Ryszard ŻYSZKOWSKI miał złamaną rękę. Mariana nie można było wydobyć z auta przez 40 minut. W szpitalu znalazł się dopiero po południu. Wielogodzinna walka o jego życie na stole operacyjnym skończyła się wieczorem. Marian Bublewicz zmarł w wyniku licznych obrażeń wewnętrznych. Raz jeszcze nowoczesna technika, piętrowe systemy zabezpieczeń, organizatorzy, koledzy i lekarze okazali się bezsilni wobec splotu okoliczności rządzących się swoimi jasnymi prawami.

Statystyka
Statystyką z pewnością nie jest pełna. Trudno jednoznacznie zakwalifikować wypadki, w których zawodnicy ginęli w czasie treningów, szczególnie Jeśli chodzi o adeptów rajdowych zmagań. Do takich przypadków można zaliczyć tragiczną śmierć Tomasza BONIECKIEGO około 20 lat temu. Jego skoda uderzył lewą stroną w drzewo na stromym zjeździe w Lasku Wolskim, gdzie wówczas rozgrywano odcinki specjalne krakowskich imprez. Nie sposób zrekonstruować okoliczności śmierci dwójki (?) zawodników ze Szczecina w latach siedemdziesiątych. Zdarzały się tragiczne wypadki, w których uczestniczyły ekipy serwisowe, jak również kolizje w trakcie dojazdu na imprezy. W kilku przypadkach zawodzi zarówno pamięć, jak i źródła dokumentacyjne.
Ogromna większość wypadków w sporcie samochodowym nie kończy się tragicznie. Skrupulatne wyliczenia prowadzono przez włoskie towarzystwa ubezpieczeniowe zajmujące się obsługą sportów wyczynowych dowodzą, że z każdego tysiąca zawodników uprawiających sporty motorowe ginie w wypadkach dwóch sportowców (0,23%). Ilość kontuzji jest znacznie większa. Z tysiąca zawodników uszczerbek na zdrowiu ponosi 73 (7,31%). Tę smutną prawdę potwierdzają nie tylko opowieści zawodników, ale i to, że wielu z nich ze śladami pecha, złego losu, nieszczęśliwego splotu przypadków, a niekiedy brawury, nie rozstaje się do końca swojego życia.
Jakby jednak na problem nie spojrzeć, to z pewnością można stwierdzić, że w ciągu całej kilkudziesięcioletniej historii polskiego sportu samochodowego pochłonął on mniej ofiar niż ginie na drogach naszego kraju w czasie jednego tylko weekendu. Nie oznacza to, że należy zaniedbać środków bezpieczeństwa lub, że są one zbyt wielkie. Tam gdzie chodzi o życie ludzkie, bezpieczeństwa nigdy nie jest dosyć, a każda śmierć - stratą niepowetowaną.

Tylko z asekuracją
Rzecz w tym, by przywrócić problemom właściwe proporcje. Przykład niewątpliwie najbardziej niebezpiecznego sportu, jakim jest alpinizm, jest tutaj niezwykle znamiennym. Aby go uprawiać, oprócz predyspozycji, nie trzeba prawie nic. Szkółki taternickie to jakby prawo jazdy w sportach samochodowych. Obozy szkoleniowe (bynajmniej nieobowiązkowe) można porównać do rajdowych jazd po licencję. To co zawodnik robi później zależy wyłącznie od jego indywidualnej oceny, a raczej szacunku tego „jak daleko można posunąć się za daleko”. Alpinizm jako sport indywidualnego ryzyka obywa się bez przepisów. Wspinacz nie musi używać atestowanych raków, kasków, czekanów, lin; ba; w ogóle może się obywać bez asekuracji, co ostatnio w ramach eskalacji mocnych wrażeń stało się modne. Ale też na szali kładzie wyłącznie własne życie.
Ryzyko zawodników sportów samochodowych, a szczególnie rajdów, obejmuje również innych uczestników ruchu. Dlatego jego bezpieczeństwo obwarowane jest drobiazgowymi przepisami. Zabezpieczenie trasy spoczywa na organizatorze imprez. Zarówno jedno, jak i drugie pochłania coraz więcej wysiłku organizacyjnego i pieniędzy. Mimo, że kontrola staje się coraz bardziej drobiazgowa wszystkich niespodzianek nie da się uniknąć. Element ryzyka, o czym mówił Już Marian Bublewicz istnieje zawsze. Rzecz w tym, że w sporcie samochodowym zawodnik w żadnym przypadku nie może pozbawić się asekuracji, a wszelkie „usprawnienia” w tej dziedzinie karana są bezwzględnie.
Te wszystkie środki to tylko przejaw zabezpieczeń zewnętrznych. Nikt bowiem nie ma wpływu na emocje i stresy, jakie stają się udziałem zawodnika. „Przyczyną ogromnej większości wypadków - mówi były zawodnik i obecny prezes Automobilklubu Krakowskiego Edmund Oprocha - są podejmowane w ułamku sekundy błędne decyzje kierowcy.” Jeszcze bardziej uściśla to Jerzy Lis - również były zawodnik, komandor rajdów, działacz i sędzia: „przyczyną wszystkich śmiertelnych wypadków w ostatnich latach była zbyt ambitna jazda”. Chciałoby się powiedzieć - zbyt ambitna - gdyby nie to, że taka właśnie jazda jest celem sportu rajdowego. Tu zamyka się koło filozoficznych spekulacji. Cel staje się przyczyną, a granica między nimi wyznaczana jest kilkadziesiąt razy w ciągu każdej minuty trwania zawodów. Każda pomyłka może być tą ostatnią. Dlatego giną młodzi i starzy, adepci i rajdowe wygi, zawodnicy o stalowych nerwach i ambicjonerzy. Wszyscy mają mniej więcej równe szansę wobec ślepego uderzenia losu. Pozostaje już tylko odpowiedź na pytanie dlaczego to robią.

Motyw przewodni
Każdy sport jest niebezpieczny i każdy niesie z sobą zagrożenie jeżeli nie życia, to przynajmniej zdrowia. Posłużyłem się przykładem alpinizmu, ponieważ to w tej właśnie dyscyplinie od wielu już lat trwa poszukiwanie motywów, którymi kierują się ludzie podejmujący ryzyko graniczne. Analogia ze sportami samochodowymi nasuwa się sama. Odpowiedź jest tak prosta, że aż banalna. To co pcha człowieka w góry, a kierowców na trasy odcinków specjalnych to pasja. Pasja, która jak mówi Jan Józef Szczepański „zdolna jest skłonić człowieka do igrania z jego instynktem samozachowawczym”. W konkluzji oznacza to, że ludzie nie przestaną chodzić w góry, a automobiliści ścigać się. W cywilizowanym świecie, w którym żyjemy ta decyzja - na szczęście - ciągle jeszcze ma charakter suwerenny.

ADAM ŚWIDA
Lista osób, które pomogły mi zrekonstruować te tragiczne karty polskiego sportu samochodowego jest długa. Za pomoc dziękuję zawodnikom i działaczom Automobilklubu Krakowskiego: Maciejowi Halczyńskiemu, Witoldowi Kołderowi, Jerzemu Lisowi, Edmundowi Oproszę, Markowi Ozięble, Aleksandrowi Sędzimirowi, Mieczysławowi Tatarze i Olgierdowi Waydowskiemu. Spośród źródeł dokumentalnych, które przetrwały do dzisiaj szczególnie pomocna była kolumna motoryzacyjna „Przeglądu Sportowego” pod redakcją Jerzego Jankiewicza oraz publikacje zamieszczane w „Motorze”. Dokumentacja historii przedwojennej w największej mierze oparta została na książce Jana A. Litwina „Zarys historii sportu samochodowego”.



Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
adamt




Dołączył: 04 Lis 2006
Posty: 275
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Beskidy

PostWysłany: Śro 12:29, 28 Lut 2007    Temat postu:

Małe sprostowanie odnośnie części powyższego artykułu dotyczącej śmierci załogi Nahorski/Langer pod Chęcinami.
Nazwiska to jedyne dane jakie się w nim zgadzają, relacja ustna byłych zawodników czy działaczy oraz lata jakie minęły od tragedii trochę wypatrzyły fakty.
Oto fragment artykułu z "Motoru"opisujący tą tragedię:

"...22 lipca 1960 roku o 20.00 z Placu Zamkowego w Warszawie miał miejsce start na trasę Rajdu Adriatyku(zlot gwiaździsty).W dwie i pół godziny później pod Chęcinami spłonęli w samochodzie Triumph TR 2 zawodnicy AK Śląskiego Michał Nahorski i Jerzy Langer biorący udział w tym rajdzie..."


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
GrzegorzChyla




Dołączył: 22 Lis 2006
Posty: 323
Przeczytał: 4 tematy

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Pęgów / Wrocław
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 14:01, 28 Lut 2007    Temat postu:

no właśnie... tak czytam ten artykuł i co chwilę znajduję jakąś nieścisłość...

Polski 1977: kierowca nazywał się Boris Radiczkow (Radichkov).

znalazłem o tym jedno źródło: Ekspres Reporterów 1978 rok. Ewa Szymańska, Barbara Łopieńska, WSPANIALI ZZA KIEROWNICY

Cytat:
Niedziela. Przed oficjalnym zakończeniem

Pan Dobosz, kierownik trasy, jest przygnębiony. Długo przygotowuje się taki rajd, a potem przelatuje błyskawicznie. Pan Dobosz siedzi z kilkoma organizatorami w restauracji przy stadionie. Dopiero co dodzwonili się do Sofii. Przez całą dobę nie było połączenia.

— Tragiczna sprawa — mówią — miał dwoje dzieci. Zastanawiają się: albo stracił panowanie, albo stracił przytomność. Jak to się w ogóle mogło stać. Poszedł prosto w drzewo. Niewytłumaczalne, nie było śladu, żeby się bronił. Mówią: miał odpięte pasy.

— Wykluczone!

— Może mu puściły. Może się wyślizgnął. Jechał w ortalionowej kurtce. Bułgarzy lubią jeździć w ortalionach.

— Widzi pan — mówi kapitan Sikora, odpowiedzialny za bezpieczeństwo na trasie. — Trzeba było wyciąć to drzewo.

— Teraz samo uschnie.

Jerzy Landsberg uderzył kiedyś w drzewo o półmetrowej średnicy. Kiedy go wyciągnęli, wyglądało na to, że nie żyje. Nic mu się nie stało.
A to drzewo półmetrowe uschło.

Jutro pan Dobosz wybiera się z kwiatami do szpitala. Pilot Radićkova odzyskał już przytomność.

— Właściwie to dziwne — mówi pan Dobosz — że zginął kierowca, nie pilot. Zwykle bywa odwrotnie.

owszem, trudno traktować ten artykuł jako całkowicie pewne źródło, ale jednak jest to tekst pisany na świeżo...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Mirek:)




Dołączył: 18 Gru 2006
Posty: 127
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: kiedyś Bielawa, dziś Poznań

PostWysłany: Czw 9:12, 01 Mar 2007    Temat postu:

Niestety jak to z dziennikarzami bywa, nie zawsze piszą prawdę. Nawet jeśli jest to ich dziedzina.
Dzięki za dodatkowe informacje i sprostowania.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
GrzegorzChyla




Dołączył: 22 Lis 2006
Posty: 323
Przeczytał: 4 tematy

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Pęgów / Wrocław
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Czw 16:01, 01 Mar 2007    Temat postu:

Mirek:) napisał:
Niestety jak to z dziennikarzami bywa, nie zawsze piszą prawdę. Nawet jeśli jest to ich dziedzina.
Dzięki za dodatkowe informacje i sprostowania.


no i jeszcze:
w 1978 roku Marek Muszyński zginął na treningu przed rajdem Elmot.
Jan Wojciechowski startował jako pilot Andrzeja Wodzińskiego.

...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
camel




Dołączył: 28 Paź 2007
Posty: 4
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Kłodzko

PostWysłany: Pon 15:15, 08 Gru 2008    Temat postu:

Mam pytanie. Gdzie zginoł Muszynski, z tego co wiem to gdzieś na trasie z Lądka do złotego stoku.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
korni




Dołączył: 04 Paź 2008
Posty: 18
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Śro 21:46, 10 Gru 2008    Temat postu:

Małe sprostowanie do wypadku Wirkijowskiego, na karetkę zawodnicy czekali ponad 10 minut. I rzeczywiście dlatego że nie mogła się przebić na dojazdówce, ponieważ na tym odcinku na którym Darek miał wypadek po prostu jej nie było i jechała z następnego odcinka.

Poza tym później był jeszcze wypadek Wojtka Musiała na treningu przed Elmotem, w którym zginął jego pilot, wypadek Andrzeja Spławy-Neumana, w którym śmierć poniósł również pilot.

No i ostatnia tragedia w Pradze, gdzie w wypadku Kuzaja zginęło 2 kibiców.

Ale faktycznie materiał bardzo ciekawie napisany, mimo "nieciekawego" tematu.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez korni dnia Śro 21:47, 10 Gru 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
adamt




Dołączył: 04 Lis 2006
Posty: 275
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Beskidy

PostWysłany: Nie 19:31, 14 Gru 2008    Temat postu:

Znalazłem zdjęcie obelisku pod Kielcami,upamiętniającego tragiczny wypadek Nahorskiego i Langera.

[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez adamt dnia Nie 19:33, 14 Gru 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Tylkoraz




Dołączył: 25 Lut 2008
Posty: 54
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 14:34, 15 Gru 2008    Temat postu:

Fotka z TNF?

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
adamt




Dołączył: 04 Lis 2006
Posty: 275
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Beskidy

PostWysłany: Pon 19:30, 15 Gru 2008    Temat postu:

Dzisiaj już nie pamiętam,zresztą znalazły je "google".Po to są w komputerze aby z nich korzystać.
Dzisiaj znalazły kolejne zdjęcie.

[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
GrzegorzChyla




Dołączył: 22 Lis 2006
Posty: 323
Przeczytał: 4 tematy

Pomógł: 8 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Pęgów / Wrocław
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 21:44, 03 Kwi 2009    Temat postu:

adamt napisał:
Znalazłem zdjęcie obelisku pod Kielcami,upamiętniającego tragiczny wypadek Nahorskiego i Langera.


a ja znalazłem swoje zdjęcie tego obelisku:

[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
RobertSteć
Gość






PostWysłany: Pią 11:11, 28 Maj 2010    Temat postu:

Post usunięty na prośbę autora
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
sebastian440




Dołączył: 31 Sie 2008
Posty: 24
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Toruń
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Nie 15:39, 30 Maj 2010    Temat postu:

również co nieco o Bogusławskim:

[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
prt




Dołączył: 14 Paź 2011
Posty: 16
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 21:51, 07 Gru 2011    Temat postu:

W najnowszym numerze miesięcznika ClassicAuto polecam artykuł o Jerzym Jankowskim, legendarnym kierowcy i konstruktorze, m.in. wyścigowych "Raków".

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Historia sportu samochodowego Strona Główna -> Pozostałe Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin